Pierwszy Wingsuit B.A.S.E. w Polsce

Rok 2015. Stawiam właśnie swoje pierwsze kroki w powietrzu.
Od tego czasu wiem, że kiedyś polecę wingsuitową linię w polskich górach.
Kiedy? Tego jeszcze wtedy nie wiem. Wiem tylko, że nikt się tego jeszcze nie podjął.

Polska część Tatr jest mi szczególnie bliska. To tam spędzałem każdy wolny weekend podczas studiów na politechnice. Gdy zacząłem latać, pomysł lotu z polskiego szczytu był naturalną koleją rzeczy.

Był tylko jeden problem.. wszystkie znane mi wierzchołki nie oferowały wystarczającej wybitności w górnej części ściany, która dała by możliwość względnie bezpiecznego startu w kombinezonie.

Zapisałem w notesie: 'Znaleźć wingsuitową linię w Polsce’.

I tak wsród innych kartek przeleżało kilka dobrych lat. Czekając aż umiejętności dogonią ambicję.


Szukanie linii

W latach 2017 – 2022 wykonałem kilka skoków B.A.S.E. w Tatrach. Takich bez kombinezonu, powiedzmy, sauté. Każdy z nich rzucał nowe światło na to, co może być możliwe również w wingsuicie.

Podczas kolejnej wspinaczki na jeden z kultowych tatrzańskich szczytów wykonałem pomiary pod kątem mozliwości wystartowania w wingsucie z jego czubka. Wyglądało to, szczerze mówiąc średnio.

Po 90 metrach wystawała duża półka skalna. Trzeba ją było przeskoczyć czystą siłą wybicia. Dziewięćdziesiąt metrów. Na tej wysokości kombinezon jeszcze nie daje przewagi w oddaleniu się od skały.

Kolejne metry wcale nie były łatwiejsze. W żargonie pilotów wingsuit można by powiedzieć, że był to niewątpliwie 'ciasny exit’. Potem ostry skręt w lewo.. jakieś 70 stopni, do żlebu, na subterminalnej prędkości czyli takiej, kiedy wingsuit jeszcze nie jest super stabilny i podatny na sterowanie. Do tego mocno skomplikowane warunki atmosferyczne w żlebie.

Plus? Granit. Szorstki i pewny, jeśli suchy. Przy wybiciu trzyma jak trzeba.


Warunki pogodowe


Żeby przechylić tę, troche mało optymistyczną proporcję, zacząłem myśleć jak te lokalne warunki atmosferyczne zamienić na swoją korzyść. Latałem w tym czasie sporo na paralotni, gdzie wykorzystywanie warunków termicznych jest na porządku dziennym.

Zacząłem obserwować na co można liczyć w tym miejscu. To wschodnia ściana. Pierwsze promienie słońca padały właśnie na nią. A to oznaczało, że po około trzech godzinach nagrzeje się na tyle, że masy powietrzna w okół ściany zaczną przemieszczać się w góre. Wniosek był całkiem prosty.

Około 40 minut okna na skok. Potem mogłoby się zrobić już za bardzo niestabilnie.

Padło na 10 rano.

Zapisałem pomiary z lasera optycznego, którego używa się do pomiaru profilu terenu nad którym się potem leci:

-90 +25, -140 …


Może nieidealnie, ale leciałem już trudniejsze linie. Tu trzeba było po prostu połączyć wszystkie elementy w całość.


Testy

Wróciłem do Szwajcarii. Tam znalazłem „laboratoryjne” warunki do testów.

Wybicie z podobnego kąta nachylenia.
Skręt 70° w subterminalu.
Pełny glide.
Powtórka.

Po kilku tygodniach miałem już wystarczająco danych. Nawet najgorsze próby, a te zawsze biorę do porównania, dawały całkiem akceptowalny margines bezpieczeństwa.

– Pamiętasz, jak gadaliśmy o pierwszej linii wingsuit’owej w Polsce?
– No, pamiętam.
– Jestem gotowy. Wchodzisz? Potrzebuję partnera do wspinania.
– Jasne
!

I takich ludzi w okół siebie życzę każdemu.

Po drodze zabraliśmy jeszcze trzy osoby. Ground crew na lądowaniu, radio, partner do liny, ktoś do cyknięcia kilku fotek. Zazwyczaj takie akcje robi się w bardzo małej ekipie, ale tu potrzebne było wsparcie na każdym etapie.


Podejście

Planowany skok na godzinę dziesiątą dawał nam możliwość startu z auta bez konieczności biwakowania pod ścianą.

Cztery godziny podejścia.
Godzina wspinaczki.
Może trochę dłużej ze sprzętem.

Po drodze szybki check lądowania, czy wszystko jest tak było.
Ważne było jedno, brak śniegu w żlebie. Nie tylko ze względu na chłodne powietrze, które mogłoby namieszać w locie, ale też przez… świstaki.

Tak. Świstaki.

Wbrew pozorom organizacja takiego skoku, aby nikomu nie przeszkadzać swoimi działaniami, jest bardziej skomplikowana niż się wydaje. Nikomu. Świstakom też.

„Pan od dzikich zwierząt” bo tak zapisałem w telefonie ten kontakt, powiedział, że śniegu ma nie być żeby świstaki mogły się schować za kamieniem gdyby jakimś cudem się przestraszyły. Jestem, aż przesadny w szanowaniu natury, więc nie było tutaj dyskusji.

Na lądowaniu zostawiamy Asię z jednym radiem i ruszamy dalej.

Godzinę później stoimy pod ścianą.

Batonik. Łyk wody.
Nienawidze tych energetycznych batonów. Zawsze próbujemy się polubić. Nigdy nam nie wychodzi.

Ruszamy do góry. Tutaj nie ma celów wspinaczkowych, więc najłatwiejsza droga na wierzchołek jest wystarczająco satysfakcjonująca.


Szóste podejście

To był szósty raz na wierzchołku w ramach projektu.

Pierwsze trzy to pomiary i przygotowanie.
Czwarty i piąty.. co cóż, stałem już w kombinezonie, ale tu brak termy, tu wiatr kręcił, tu mieliśmy obsuwę czasową. Dobrze, że nauczyłem się częściej rezygnować niż naginać założenia.

Paradoksalnie, te próby były potrzebne. Przy trzecim ubieraniu kombinezonu na górze czułem się już jak u siebie.

Dziś jednak mamy szczęście. Warun igła.

Termika budzi się zgodnie z planem. Słońce nagrzało ścianę. Z radia dobiega głos Asi:

Na wysokości lądowania cisza, nic nie wieje, pusto.

To dobry moment. Strach już dawno zmienił się w skupienie.

Lubię w takim momencie przypomnieć sobie pierwszą myśl, która zrodziła to wyzwanie. Właśnie domykamy kilkuletnią historię. Fajnie! Długoterminowe, małe marzenia są najlepsze.

Wyciągam jeszcze laser i biore kilka pierwszych pomairów.. -90 +25m..

o dziwo nic się nie zmieniło! Skała stoi tak jak stała.


Lot

Odpinam się od liny.

Jeden spokojny, długi, wdech.
Drugi.
Trzeci.

To już tradycja przed czymś istotnym dla mnie.

3,2,1.. Wybicie.

Inercja pozwala z zapasem minąć półkę na 90 metrach, tę samą, która śniła mi się po nocach. Po niecałych dwóch sekundach powietrze wypełnia kombinezon. W tym czasie wciskam jeszcze skręt 70° w lewo i ustawienie w osi żlebu.

Reszta to czysta przyjemność. Ciężko opisać uczucie domknięcia tak wyjątkowego projektu.

Przez kolejne 30 sekund myślę, że fajnie jest latać i że pierwszy raz widzę, miejsce które znałem od lat z tej perspektywy.

Około 150 metrów do ziemi.

Płynne otwarcie spadochronu. Troche dłuższe niż się spodziewałem, ale szybko przypomniałem sobie że ułożyłem spadochron tak ale otwierał się trochę dłużej ale za to prawie bezgłośnie.

Wracam na czaszy pod ściane, gdzie czeka na mnie kawałek przestrzeni do lądowania.  Stawiam stopy na ziemi. Jest pięknie. Właśnie po to codziennie wstaję w góry na trening.


Po dwóch godzinach cała ekipa w komplecie. Przed nami zejście i naleśniki z nutellą, stały punkt każdego etapu przygotowań.

Pierwszy wingsuit B.A.S.E. w Polsce staje się faktem.

Trzy lata przygotowań.
Czterdzieści sekund lotu.
Jedna zapisana kartka historii.

A naleśniki smakują dziś jak nigdy.


Dzięki całej ekipie na miejscu: Asia, Przemek, Bartek i Filip 💪


W następnej historii zabiorę Was na drugą stronę Tatr, gdzie dostaliśmy mocno w kość, szukając pierwszej wingsuitowej linii na Słowacji.

Stay tuned.